
ROZDZIAŁ DRUGI: Jednostki we wspólnocie
Marzec 10, 2009Kwiecień, rok 2008, Szwecja
- To jest męczące… – pisał Dawid w zapełnionym do połowy brulionie wąskim, podłużnym, eleganckim pismem w stylu angielskiej kaligrafii. – Rozmawiam z Marcinem od połowy miesiąca a Agata z Odysem wciąż nie dają za wygraną. Nie ma sensu dalej się bronić… Ileż można oszukiwać własnych przyjaciół?
Spod drzwi sypialni mężczyzny dobiegło go kilka pojedynczych uderzeń.
- Proszę wejść!
- Boję się – Dadi usłyszał niepewny szept Lukasa, który usiadł obok niego na twardym, drewnianym krześle – że nie zdążę z tobą porozmawiać.
- My nie mamy o czym rozmawiać – odrzekł zimno starszy brat, poprawiając wąskie okulary i zamykając zeszyt.
- Wręcz przeciwnie, mamy.
- Nie sądzę!
- Dasz kiedyś spokój?
- W tym miejscu również muszę odpowiedzieć: nie sądzę.
Dawid tak naprawdę miał więcej poza orientacją seksualną powodów, dla których nie potrafił zaakceptować towarzystwa młodszego brata. Tak naprawdę, nie znali się od samego początku, nie byli bowiem rodzeństwem ani rodzonym ani biologicznym. Dawid od szóstego do dwunastego roku życia mieszkał wraz z matką Lukasa w Polskiej Wiśle. Nie był pewien swojej narodowości; nazwisko, które dostał po ojcu wskazywało na połączenie z okolicami Rosji, od dziecka mieszkał jednak w Polsce. Młodszy chłopak urodzony został w Niemczech, co jego matka postanowiła podkreślić zmieniając planowane „Łukasz” na Lucasa. Kobieta ta od zawsze wpajała Dawidowi, że są rodziną. Chłopiec tak przyzwyczaił się do tej myśli, że i w wieku dorosłości przedstawiał Luka jako swojego brata. Tylko najbliżsi przyjaciele wiedzieli o rzeczywistym braku pokrewieństwa między nimi. Nie to jednak było powodem niechęci do czarnowłosego.
Siedemnastolatek stanowił duszę towarzystwa już od najmłodszych lat. Dawid, choć był starszym z braci, zawsze zostawał w jego cieniu co nie sprawiało mu specjalnej przykrości. W wyniku tego jednak wszelkie jego próby zawarcia znajomości kończyły się klęską; nawet, gdy kogoś poznał, Lukas szybko niwelował kontakt. Nikt nie znał przyczyny tego, dlaczego nastolatka tak bardzo bawiło odbieranie Dawidowi przyjaciół, w nim jednak zasadził ziarno nienawiści. Gdy poznał Alicję, postanowił zawalczyć „o swoje” – stała się jedyną osobą, która lubiła jego towarzystwo. Niewiele później Dadi przekonał do siebie i Agatę z Odyseuszem, choć z ogromnymi trudnościami. Nikt w całej grupie nie był osobą tak szanowaną jak Lukas. Jego zdolność manipulacji nieraz dostarczała mu tego, czego potrzebował najbardziej, a upartość zapewniała powodzenie. Zawsze dostawał to, czego chciał. Siłą fizyczną czy psychiczną – ale dostawał.
Lukas westchnął w teatralnym geście, zakładając nogę na nogę i ze zniecierpliwieniem uderzał po kolei palcami o blat biurka Dawida. Ten z zaciętością wpatrywał się w kubek pełen bawarki uniesiony do ust.
- Dobrze, więc ja będę mówić a ty mnie słuchaj – gdy Lukas nie otrzymał odpowiedzi, wyjął z kieszeni złożoną na cztery części kartkę, przeczytał ją i zaczął mówić:
- Z tego pisma wynika, że dziś wieczorem mam się stawić w szpitalu. Agata podkablowała moje osłabienia – uśmiechnął się. – Jak wszyscy dobrze wiemy, mogę z niego już nie wyjść…
- Wyjdziesz – mruknął Dawid z zamierzoną wrogością, którą zakryła jednak troska. Nie przepadał co prawda za rozmowami z chłopakiem, spędził z nim jednak bardzo dużą część swojego życia. Choć odebrał mu wiele w młodości to dał wrażenie posiadania rodziny. Pozwolił mówić do swojej matki „mamo”.
- Nie oszukujmy się. Ty się mną nie martwisz, mi nie będzie ciebie brakowało przy łożu śmierci. Informuję cię tylko o stanie rzeczy.
Dawid uniósł zmęczony wzrok na siedemnastolatka. Miał wyraźnie podkrążone oczy i wychudzone policzki; przestał używać makijażu a obcisłe przed miesiącem ubrania, teraz nieco na nim wisiały. W jego wzroku można było jednak odczytać ciągłą rezerwę i brak sympatii, a ponadto jakąś niesamowitą siłę. Dadi przypomniał sobie słowa, które w grudniu zeszłego roku wypowiedziała Agata: „mało mu z życia zostało”. Od tamtej chwili minęły cztery miesiące i rzeczywiście, stan chłopaka znacznie się pogorszył. Lekarze przy kolejnych badaniach mówili, że to już nieuniknione, że Lukas nie dożyje dwudziestego roku życia.
- Masz rację – mówił cicho, patrząc mu w oczy. Nigdy nie potrafił kłamać utrzymując kontakt wzrokowy, nagłe wzruszenie jednak nakazało mu nie uciekać spojrzeniem, choć Lukas wpatrywał się w jakiś punkt ponad jego ramieniem – niewiele obchodzimy siebie nawzajem.
- Jeśli jednak chciałbyś mi coś powiedzieć…
- Tak, chciałbym. – ich spojrzenia spotkały się.
- Słucham?
- Jesteś skończonym draniem.
* * *
Dawid siedział na krawężniku wąskiej, pustej uliczki. Jego postać oświetlała samotnie stojąca lampa, rzucając złote smugi światła na białawy odcień blondu włosów mężczyzny. Podpierał się łokciem na udzie, brodę ułożywszy na otwartej dłoni. Zamyślonym wzrokiem wpatrywał się w ciemność bocznej uliczki naprzeciwko. Raz po raz wyciągał płaską, czarną komórkę w celu sprawdzenia godziny.
Znajdował się w jednej ze spokojniejszych dzielnic szwedzkiego Malmo. Noce rzadko bywały tam głośne; co jakiś czas powietrze niosło ze sobą emocje wiernego kibica czy tęsknotę psa. Asfaltową trasę ozdabiały, rosnące pomiędzy poszczególnymi odcinkami chodnika, drzewka i krzewy, często sztucznie podtrzymywane w pionie drewnianymi balami. Trawnik miał dość sprany odcień zieleni, mokry już od rosy. Dobiegała godzina dwudziesta druga a Dawid trząsł się nieco z zimna, otulił się więc szczelniej grubą bluzą i poruszył kilkakrotnie ramionami w celu pobudzenia nieco ciała. Temperatura była dość niska, typowa wiośnie nadchodzącej w Szwecji. Kraj ten kojarzył się Dawidowi głównie z gwałtownymi zmianami temperatur; zimą osiągały średnio do minus piętnastu stopni, choć zdarzył się przypadek i ponad dwudziestu, latem z kolei w granicach dwudziestu na plusie.
Dadi umówił się w tym miejscu z Alicją. Spotkanie to było jednak tylko pretekstem, aby uciec od rzewnych pożegnań brata przez przyjaciół. W głębi duszy był pewien, że Lukas po tygodniu obserwacji wróci do ich wspólnego mieszkania – nieraz zdarzało się już, że wymagał dłuższej opieki lekarskiej. Często powodem było zaniedbanie brania leków; chłopak miał tendencję do zastępowania ich sobie kacem. Dawid przetarł wolną dłonią piekące nieco oczy; zaczynał żałować słów, które wypowiedział w kierunku brata. Tak naprawdę było bardzo wiele rzeczy, które chciał mu przekazać – jednak nie miał odwagi.
Z zamyślenia wyrwała go wyłaniająca się zza zakrętu postać byłej ukochanej. Przez moment miał wrażenie, jak gdyby serce w nim zamarło – nie był gotowy na kontakt z nią. Od momentu, w którym go zostawiła nie widzieli się jeszcze ani razu. Ubrana była w seledynowy, zwiewny, sporo pod biustem poszerzany sweterek i dżinsowe spodnie. Sylwetka kobiety wyraźnie wskazywała na ciążę, na ustach z kolei widniał szeroki uśmiech osoby szczęśliwej. Dawid poczuł jak gdyby coś przecinało mu na wskroś serce, westchnął tylko jednak i wstał z zimnego krawężnika, wyciągając do niej dłoń. Po raz pierwszy gdy mu ją podała nie ucałował jej – uścisnął tylko sztywno.
- Cześć, Dadiasie!
- Dobry wieczór.
- Oj, bardzo! – świergotała dziewczyna, wyraźnie zarumieniona z emocji. Od jej ciała biło słodkim zapachem perfum, zupełnie innym jednak od tych, które przesiąkły jego poduszkę. Fakt, tamte dostała od niego.
- Co tak cię uszczęśliwiło?
- Po prostu miło cię widzieć!
Dawid zmierzył ją zdumionym spojrzeniem, nie skomentował jednak entuzjazmu byłej narzeczonej. Zauważył za to złoty błysk na dłoni Alicji; światło lampy odbiło się w niewielkim brylancie srebrnego pierścionka zaręczynowego.
- Wciąż go nosisz…
- Co?
- Pierścionek – mruknął Dawid, nieco zirytowany jej rozkojarzeniem.
- Ach nie, nie! To nie ten od ciebie. Mój Paul zrobił mi prezent urodzinowy, trafił akurat w to z czym mi się oświadczyłeś…
- Aha… – na nic więcej nie było stać dość wytrąconego z równowagi Dawida. Schował zmarznięte dłonie w kieszenie zielonych spodni, dodając cicho – chyba wam razem dobrze.
- Bardzo – drażnił go rozmarzony uśmiech kobiety. – A z tobą jak?
- Ze mną? – tym razem Dawid przejawił oznaki rozkojarzenia.
- Masz kogoś?
- Nie.
- Chwila… Ty masz zielone oczy? – Alicja mrugnęła kilkakrotnie, starając się zmienić temat. Widziała już w oczach mężczyzny żal, na temat którego dyskusji wolała uniknąć rozmowy.
- Dlaczego to zrobiłaś?
Westchnęła. Szli uliczką tak cichą, że odgłos jej obcasów uderzających o chodnik roznosił się po całej jej długości, nadając rytmu i tempa ich krokom.
- Powiedziałam ci przecież.
- Znam cię. Nie zostawiłabyś mnie przez pieniądze.
- Taki jesteś pewien siebie?
- Ciebie.
- Dawid, po prostu… – zacięła się. Z oczu mężczyzny bił wyrzut, lęk i coś niezrozumiałego, co widziała w niego niebieskich, tego wieczora zaskakująco zielonych, tęczówkach, gdy na niego krzyczała, gdy nieraz groziła odejściem.
- Po prostu co?
- Zrozumiałam to w momencie, w którym zaszłam w ciążę, gdy się oświadczyłeś. Nie chcę spędzić z tobą życia. Tak, jest inna osoba. Jestem pewna tego co robię. Po prostu cię nie kocham.
* * *
Dwie godziny wcześniej
- Witaj, w domu, Dadi – szepnął Dawid do swojego odbicia w lustrze, uśmiechając się słabo i zdejmując z oczu niebieskie soczewki. Nosił je od pięciu lat; tylko Lukas wiedział o tym, że nie ma tak naprawdę niebieskich oczu. Spojrzał w głęboką, wyraziście soczystą zieleń tęczówek, długie rzęsy i niewielkie źrenice, uśmiechając się delikatnie. Przez czas, w którym związał się z Alicją stracił bardzo wiele cech właściwych swojemu charakterowi, wizerunkowi. Postanowił to naprawić i pozwolić wreszcie poznać się Agacie takim, jakbym był w głębi siebie. Przypomnieć bratu, że i on ma swoje własne zdanie.
- Witaj w domu… – powtórzył, spinając w kitkę trzy długie do pasa dready i puścił je przez ramię na pierś. Resztę poczochranych przez wiatr włosów przyciętych do ramion przygładził palcami, a na szyję zawiesił czerwono-żółto-zielone, drewniane paciorki łączone na końcu krzyżykiem z napisem „Medjugorie” w różaniec. Uśmiechnął się ponownie do siebie, zarzucając na nagą pierś flanelową, czerwoną koszulę na miejsce wcześniejszej, granatowej koszulki. Jasne dżinsy zastąpił szerokimi, wyraziście zielonymi spodniami, które idealnie podkreślały barwę jego oczu.
Odyseusz miał rację, mówiąc przed miesiącami, że Dawid posiadał wiele cech kobiecych. Wolał koty od psów, uwielbiał czekoladę i nie cierpiał kawy bez mleka oraz piwa. Podkreślanie jednak emocji wizerunkiem chyba najbardziej rzucało się w tym miejscu w oczy. Gdy Alicja zakończyła rozdział ich miłości, on postanowił wrócić do dawnego „ja”. Pierwszym z postanowień było skończenie z alkoholem choć czuł, że póki co nieraz się napije, w drodze do zapomnienia o kobiecie. Minęły zaledwie cztery miesiące. To nieporównywalne z pięcioma latami związku.
Wciąż nie potrafił zrozumieć prędkości, z jaką wszystko wymykało się spod kontroli. Stracił narzeczoną i syna, a Lukas miał wrócić do szpitala. Był pierwszy dzień kwietnia, miesiąca, który zawsze napełniał go falą optymizmu. Tej wiosny czuł jednak, że to będzie najtrudniejszy rok w jego życiu. Pomimo tego jakoś cieplej robiło mu się na duszy gdy słuchał cienkiego śpiewu ptaków i czuł na powiekach oślepiające światło. Uwielbiał wiosnę i lato.
* * *
Każde następne spotkanie z Alicją początkowo rozpoczęło, później pogłębiało naszą wzajemną nienawiść. Szybko nauczyłem się przestać ją kochać. Choć był czasu, w którym naiwnie wierzyłem w to, że tak się nie da. Jednak był „ten inny”. To on miał stać się ojcem mojego dziecka, co o wiele bardziej uderzyło mnie od faktu stracenia jej. Przywiązałem się do świadomości ojcostwa i pomimo zupełnego braku dojrzałości pod tym kątem, chciałem by tak było. W zapomnieniu niezwykle pomogła mi postać Marcina – chłopaka, którego poznałem dzięki Lukasowi w Internecie. Początkowo obserwowałem ich rozmowy, wkrótce sam się do niego odezwałem. Zaintrygował mnie charakter tego chłopaka.
W każdym razie z dnia na dzień przywiązywałem się do pozornie nieznanej mi osoby coraz to bardziej. Ta myśl przerażała mnie niesamowicie, co komentarze przyjaciół tylko podsycały. W końcu zrozumiałem, że naprawdę mieli rację: zauroczyła mnie jego postać. Nigdy wcześniej nie przeszedłem tak silnego szoku. Najbardziej irytowało mnie w tym wszystkim to, że przecież nigdy Go tak naprawdę nie widziałem, to tylko Internet, tylko zdjęcia. A jednak sposób, w jaki ten chłopak opisywał swoje życie przyciągał mnie, podpowiadał, że nie w każdym momencie należy zwracać uwagę na to, co kroczy drogą logiki a co całkowicie się z nią mija.
Byłem bliski akceptacji samego siebie pod tym kątem, przyzwyczajenia się do kilku nieodwracalnych już raczej faktów. Paradoksem muszę nazwać jednak to, jak silnie negatywnie ta znajomość wpłynęła na moje, cudzysłowem mówiąc, kontakty z bratem. Miałem do niego ogromny żal – wmawiałem sobie, że to jego wina, tak było łatwiej. Uświadomienie sobie tak niefortunnego zauroczenia było jak miłość rasisty do czarnoskórej kobiety. W moim przypadku jednak nie tylko własne przekonania grały rolę. Ogromny nacisk na moje, można rzec, zagubienie miała wiara. Kościół katolicki nie akceptował takich rzeczy. Tak wpajano mi w sierocińcu, w to wierzyłem, na tym opierałem swoją homofobię.
Homofobia przez katolicyzm?
Wspaniale…
Szczerze mówiąc nie robisz żadnych błędów ortograficznych! To się chwali :))