
ROZDZIAŁ TRZECI: “My Immortal”
Marzec 10, 200910 kwietnia 2008, Szwecja
W sporych rozmiarów okno uderzał rytmicznie rzadki deszcz o niewielkich, ledwie słyszalnych kroplach. Nie popędzane wiatrem były zbyt słabe, aby odbić się chociaż od brązowego parapetu; zatrzymywały się na nim, aby za chwilę ściec i spaść pomiędzy podokienne krzaki róż. Kropelki zdawały się zaglądać do tego pogrążonego w absolutnym mroku pokoju, rozświetlanego tylko przez skąpą łunę czerwieni. Z nocnego stolika wychylał się duży, elektroniczny zegar, oświetlający w ten sposób fragment puchatego, białego dywanu położonego niedbale na jasnobrązową podłogę szwedzką. Czerwone cyfry na wyświetlaczu głosiły, że za minutę dobiegnie godzina pierwsza w nocy. Godzina, która zmieni życie osoby śpiącej tuż obok, snem człowieka zmęczonego po całowieczornym szukaniu pracy w Internecie.
Tuż obok zegara leżała, strącona przez dłoń śpiącego, do góry dnem przezroczysta, nieco tylko zabrudzona, popielniczka. Papieros, który z niej wypadł, już dawno zgasił się po przypaleniu błękitnej pościeli. Przykrywała ona do pasa, ze względu na silne, klaustrofobiczne lęki, wysokiego blondyna, którego stopy wystawały nieco poza granice posłania. Mężczyzna leżący na szerokim łóżku obrócił się nagle na prawy bok, po czym uderzył głową w żółtą ścianę. Obudził go krzykliwy dźwięk telefonu. Masując w poirytowaniu bolącą głowę, Dawid uniósł się na łokciu i poprawił na nosie okulary, w których zasnął. Wyjął spod poduszki wibrujący szalenie telefon; zegar ogłosił kilkukrotnym piknięciem wybicie pełnej godziny.
- Czego? – warknął blondyn do słuchawki, niespecjalnie zadowolony z pobudki. Gdy jednak usłyszał odpowiedź, zamarł, wciągając gwałtownie powietrze do płuc, przesiąknięte zapachem palonej kilka godzin wcześniej marihuany. Czuł pulsowanie bólu w czaszce związane z kacem, usłyszanym właśnie zdaniem i uderzeniem o ścianę.
Ubierał się pospiesznie, nie budząc nawet do końca, w wyświechtane dżinsy leżące na krześle i zabrudzoną kawą koszulkę. W uszach szumiał mu roztrzęsiony głos Agaty: „Przyjeżdżaj natychmiast to szpitala, bo twój brat…”. No właśnie – jego brat. Nie pozwolił jej nawet dokończyć zdania, już rozłączył się w wyrazie szoku. Nie trzeba było wiele wysiłku, by dopowiedzieć sobie resztę. Niedługo także trwała chwila od jego przebudzenia się do momentu, w którym wsiadał na wilgotne od rosy siodełko motoru i odpalał go, nie mogąc trafić kluczem do stacyjki. Ręce drżały mu niemiłosiernie, a wyłączony z wszelkich myśli umysł nie chciał im pomóc w opanowaniu się. Po dziesięciu niemalże minutach bezsilnej walki z maszyną, puścił się biegiem przez opustoszałe ulice miasta. Co jakiś czas jedna z ulicznych lamp migała na niego w zaskoczeniu, że ktoś ze śmiertelnych zakłóca jej spokój po godzinie ciszy nocnej…
Minęło pół godziny, gdy Dawid opadł bezsilnie na krzesło umiejscowione tuż przy głównych drzwiach wejściowych miejscowego szpitala publicznego. Nie zwrócił nawet uwagi na zdumione spojrzenia personelu i rażącą w oczy, oświetloną dodatkowo przez kilka lamp, ogólnie panującą biel ścian, kafelek, mebli… Chore serce wyrywało mu się z piersi, a przed oczami ukazały tysiące gwiazdek. Oparł czoło na kolanach, starając się opanować; ostatnie, czego w tym momencie potrzebował to badanie lekarskie, po którym wykryto by sporą ilość THC[1] w jego krwi. Zaczynał opanowywać bijące szybko serce, tym bardziej, że podchodziła do niego – już wyraźnie przestraszona – pielęgniarka, mówiąc coś w języku szwedzkim.
- Może pani mówić po angielsku? – spytał cicho Dadi w języku Wielkiej Brytanii i spojrzał trzeźwiejszym wzrokiem na kobietę w średnim wieku stojącą naprzeciw niego.
- Tak, oczywiście – odpowiedziała, wyraźnie uspokojona nagłą zmianą w jego stanie fizycznym. Mężczyzna wstał, nieco chwiejnie, po czym przypomniał sobie nagle, skąd tak właściwie znalazł się w szpitalu. Jego serce ponownie zamarło, a oczy rozszerzyły się gwałtownie.
- Ja do Lukasa Beser – powiedział szybko, zdając sobie sprawę z tego, że nie ma zbyt wiele czasu. Kobieta zaprowadziła go do recepcji, skąd został zaprowadzony do niewielkiej, równie jak hol białej, Sali. Gdyby zapytano go o chwile, które miały miejsce pomiędzy obudzeniem się a znalezieniem w szpitalu oraz wygląd mijanych w nim podczas drogi do pokoju Lukasa korytarzy, wzruszyłby pewnie ramionami. Jego umysł pozostawał wyłączony, jak gdyby zupełnie nieobecny, wręcz opustoszały z wszelakich myśli czy obrazów. Wydawać się mogło, że cała jego duchowość zamarła na dłuższy czas.
Ogólną ciszę panującą w pomieszczeniu przerywało jedynie miarowe pikanie aparatu monitorującego pracę serca. Agata siedziała wyprostowana i nienaturalnie, jak na siebie, rozczochrana, na twardym, prostym krześle tuż przy wąskim łóżku na końcu pokoju. Nie było w pomieszczeniu żadnego innego pacjenta poza Lukasem; wszystkie trzy pozostałe miejsca spoczynku leżały puste, a nań złożone w kostkę, białe prześcieradła. Kobieta nawet nie drgnęła, gdy na salę wszedł Dawid z pielęgniarką – choć ta bardzo szybko wycofała się, zostawiając drzwi otwarte. Agata wpatrywała się pustym spojrzeniem gdzieś ponad łóżko chorego, na nieco zszarzałą ścianę. Dadi westchnął w duchu, widząc leżące na jej kolanach, zużyte chusteczki.
- Cześć, Lukas… – szepnął, zabierając puste krzesło spod łóżka naprzeciw i usiadł na nim przy wysokości głowy śpiącego chłopaka. Leżał w pozycji zupełnie wyprostowanej, z aparatem tlenowym przy ustach i wieloma „wężykami” wbitymi w żyły ręki, której dłoń kurczowo ściskała Agata. Był niesamowicie blady.
- Cześć, Dadi – odpowiedziała cicho kobieta, w imieniu Lukasa, po czym spojrzała na rozmówcę zapuchniętymi oczyma i dodała łamiącym się głosem – pomyślałam, że powinieneś tu być… Nie mogłam się skontaktować już z nikim poza tobą, nawet Marta nie odbiera telefonów!
Po jej policzkach ciekły ciurkiem łzy. Drugą dłonią ściskała pomiętą chusteczkę, którą przetarła szybko, szarawą od niezmytego zeszłego dnia makijażu, twarz. Dawid poczuł nagłe pieczenie pod powiekami – i przeraziło go nieco to, że niewywołane rychłą śmiercią Lukasa, a załamaniem przyjaciółki. Wiedział, że powinien być w jeszcze gorszym stanie, jednak… opanowywał go dziwny spokój. Zupełnie tak, jak gdyby mieszał poranną herbatę; całkowity brak emocji.
- Nie płacz, skarbie – szepnął, ocierając dłonią jej mokre oczy. Już po chwili znalazły się gdzieś w okolicach jego ramienia, nawilżając nieco rękawy bluzki i sprawiając, że sam poczuł słone krople przy nosie.
- Nie potrafię… Siedzę tutaj od godziny i obserwuję, jak umiera, jak jego serce coraz wolniej pracuje, jak lekarze przybiegają nagle, każą mi wyjść, krzyczą, panikują, robią coś, coś odłączają, co innego podłączają, dają mu zastrzyki, wymieniają kroplówkę…
- Ciii… – szepnął mężczyzna, nieco przytłoczony nawałem słów. Spojrzał w dół, ponad ramieniem wtulonej w niego kobiety, na wychudzoną, zmarnowaną postać umierającego siedemnastolatka. Odniósł nagle wrażenie, jak gdyby jakaś niewidzialna siła uderzyła tępym, ciężkim narzędziem w jego serce, a huk rozniósł się po żyłach; chciał krzyczeć, jednak to uczucie zamykało mu usta. Pozwalało tylko skraplać nagły napad bólu w tlenione, blond włosy rozpaczającej kobiety.
- Ale to wszystko… tak, jakby miał żyć… a on już… nigdy! – Agata niemalże już wykrzykiwała chaotyczne, słabo zrozumiałe dla wyłączonego umysłu mężczyzny. On już przestał słyszeć. Widział tylko tą bladą jak kartka twarz tak bardzo mu wrogiej, a zarazem bliskiej osoby oraz coraz wolniej unoszącą się i opadającą klatkę piersiową Lucasa. Chłopak pogrążony był w głębokim śnie i nic nie wskazywało na to, aby miał się w najbliższym czasie obudzić. Czy owe „jesteś skończonym draniem” naprawdę było ostatnim zdaniem, które Dawid powiedział swojemu bratu?
Przymknął oczy, wdychając słodką woń kokosowego szamponu do włosów Agaty. Ta już nie płakała; oddychała tylko ciężko w jego ramionach. Raz po raz pociągała nosem lub mocniej zaciskała pięści na jego plecach, w końcu jednak odsunęła się, z głębokim westchnieniem na ustach. Jej oczy świeciły pustką, wyraz twarzy z głębokiego smutku zmienił się w otępienie. Wpatrywała się w Lukasa uparcie, niezwykle rzadko mrugając. Zapadła głęboka cisza, przerywana tylko przez rytmiczne pikanie respiratora. Pikanie, które nagle straciło tempo. Zwalniało.
Do pokoju wbiegło grono krzyczących coś po szwedzku lekarzy czy pielęgniarek. Wyganiali z Sali parę zszokowanych przyjaciół, ci jednak zatrzymali się w drzwiach, wpatrując w otoczone przez białe fartuchy łóżko ich brata i kompana. Po policzkach Agaty znów płynęły strugi łez; Dawid opierał się o ścianę z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Wydawał się pozbyć wszelkich emocji i uczuć, jak gdyby patrzał na wyjątkowo nudny spektakl teatralny. W jego głowie jednak wybuchła prawdziwa burza myśli; wiedział, że oto umiera osoba, z którą dorastał. Którą… nienawidził. I w codziennych rozmowach, i w tej właśnie chwili gdy patrzył na tę bolesną scenę. Łzy, jedna po drugiej, jedna po drugiej, zaczęły płynąc po jego policzkach dopiero w momencie, gdy respirator wydał z siebie przeciągły głos i na wyświetlaczu pokazała się długa, prosta linia. Pokój wypełnił szloch rozdygotanej Agaty. Była godzina druga pięćdziesiąt cztery.
* * *
Dawid siedział na podłodze pokoju Lukasa. Z ust wypuszczał szary, gęsty dym tytoniowy, pod zamkniętymi powiekami widząc obraz roztrzęsionego Petera. O śmierci partnera dowiedział się dopiero około godziny piątej, gdy zaczął wreszcie odbierać telefony od Marty. Ta z kolei przyjechała do szpitala pół godziny po zakryciu ciała Lukasa białym prześcieradłem. Agata po powrocie z kliniki udała się do swojego pokoju i wyszła z niego dopiero na następny dzień, w najżałośniejszym stanie, w jakim kiedykolwiek widziało ją grono przyjaciół. Marta podzielała stan psychiczny Dawida: była milcząca i zupełnie nieobecna myślami. Przytulała do siebie ukradkiem szepczącego pod nosem niezrozumiałe słowa Petera, całego zapłakanego. Była to godzina szósta, gdy postanowili zebrać się wszyscy, poza Agatą, w salonie mieszkania Dadiego.
A teraz siedział sam na twardej podłodze sypialni zmarłego. Dopalał ostatniego papierosa z drugiej paczki – wszystkie wypalił w ciągu tych kilku godzin. Władało nim obrzydzenie do samego siebie; czuł wstyd, gdy spoglądał w oczy pogrążonym w żałobie, cierpieniu, przyjaciołom. Nie potrafił tak jak oni odczuwać bólu. Gdzieś tam iskrzył się w nim żal związany z utratą Lukasa, jednak ćmiła to zbierająca się w nim od lat nienawiść. Było powszechnie wiadome, że to się stanie, że młody chłopak umrze. Dawid jednak nigdy nie zastanawiał się nad tym jak będzie się czuł, widząc jego martwe ciało. Nie przewidywał w każdym razie tak głębokiego, pozornego spokoju. Uronił niewiele łez, gdyby porównać je z dziewczynami i zawsze niewzruszonym Odyseuszem, który około południa odwiedził ich, dowiedziawszy się o zdarzeniu od Petera. Pomimo wszystko Lukas był bratem, nie prawdziwym, ale jednak bratem Dawida. I bez względu na wszystkie spory i cały zadany mu ból, powinien go kochać. Nie potrafił.
* * *
„Alicja z Polski”
Po śmierci Lukasa mnóstwo osób pisało do mnie na przeróżnych portalach i komunikatorach internetowych z tysiącami pytań. Najczęstsze z nich, to: „kim był dla Ciebie Lukas?”, „kim Ty byłaś dla Lukasa?”, „jak sobie teraz radzisz gdy Jego już nie ma?” I tak dalej… Często prosili mnie też, bym opowiedziała im jaki był; wtedy nie na wszystkie wiadomości odpisywałam – bo to bolało, ale teraz, kiedy minęło już tak wiele czasu, postaram się w skrócie opowiedzieć naszą historię…
Lukasa poznałam całkowicie przypadkiem. Wszystko zaczęło się od jednego komentarza w „księdze wpisów” na pewnej stronie. Z początku nasze rozmowy były zwyczajne, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, był po prostu kolegą, w którym od pierwszej rozmowy imponował mi oryginalny i patetyczny styl bycia i pisania. Za to ja wtedy byłam zwykłą nastolatką, która niewiele rozumiała i wszystko trzeba było jej mówić i tłumaczyć dużymi literami. Zakładam, że Lukasa musiało to irytować, kiedy za każdym razem pytałam: o co chodzi? Co masz na myśli? I tym podobne. Nie umiałam zajrzeć głębiej w Jego słowa i odczytać to, co miał na myśli. Mimo wszystko On o mnie wtedy walczył… Chciał „stworzyć” nową Alicję; i to mu się też udało. Pamiętam, jak kiedyś na swoim blogu napisałam, że to tylko Internet, a to tylko znajomość na odległość. On odpowiedział: „Alicjo, nasza znajomość jest AŻ przez Internet, AŻ na odległość. Taka miłość i przyjaźń są najpiękniejsze, bo przepełnione tęsknotą, a ona umacnia uczucie”. Po tych słowach uwierzyłam, że to co jest między nami może trwać wiecznie. Zaczęło się od zwykłej znajomości, przeszło przez przyjaźń i przerodziło się w miłość. Tak, Lukas jakiś czas przed śmiercią powiedział mi, że kocha, ale mimo wszystko to z Peterem chciał dzielić swoje życie. Ta miłość była odwzajemniona, bo ja też z całego serca Go kochałam. Jednak oboje postanowiliśmy zabić i stłumić w nas to uczucie… Uczucie, którego tak naprawdę dla świata nigdy nie było…
Do dziś przed oczami ukazują mi się jego słowa, które zapisał na blogu i skierował do mnie: „Alu; może to przeczytasz, a może nie.. Jestem chory. Ciężko. Bardzo, ciężko chory(…). Alicjo, przepraszam(…)” Co wtedy czułam? Nie umiem tego do końca ubrać w słowa, ale napewno czułam się podle, bo w żaden sposób nie umiałam Mu pomóc. Nie mogłam Go przytulić… Być przy Nim. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że trzeba zachowywać się normalnie, oboje chcieliśmy skorzystać z tego, że jeszcze mamy siebie.
O Jego śmierci dowiedziałam się od Dadiego – Jego brata. Sparaliżowało mnie, odjęło mowę, a z oczu popłynęły gorące łzy… Łzy rozpaczy, że Go straciłam. Wtedy też zwątpiłam w Boga, bo uważałam, że gdyby istniał nie byłby tak okrutny i nie odebrałby mi ukochanej osoby, a światu nie zabrałby tak wartościowego człowieka. Po śmierci Lukasa długo nie mogłam się pozbierać, do dzisiaj nie wiem czy zrobiłam to do końca. Brakuje mi Go bardzo często… Wtedy gdy jest mi smutno, gdy mam problem, z którym nie umiem sobie poradzić, kiedy patrzę na Jego zdjęcia, gdy czytam nasze rozmowy… I wtedy znów z oczu płyną łzy, łzy rozpaczy. Moja matka po śmierci mojej babci nie umiała wejść do jej pokoju. Ja po śmierci Lu-kasa nie umiem być już tamtą Alicją, bo ona była Alicją Lukasa, a Jego już nie ma. Mimo, że wciąż jest tylko, a może AŻ w naszych sercach. Czuję Go. Jego obecność. Nie wiem, czemu stałam się inna. A Lukas z takiej mnie napewno tam u góry nie jest dumny. Dlatego teraz z całego serca Go przepraszam, że tak bardzo się zmieniłam. W tej chwili czuję się tak, jak tam-tego dnia. Kiedy to Dadi napisał mi, że On już nigdy się nie uśmiechnie, nie założy swojej ulubionej turkusowej koszulki i nigdy już do mnie nie napisze… Bo Lukasa już nigdy nie będzie. Czuję się tak, jakbym znów Go straciła…
* * *
Dzień później zadeklarowałem się powiadomić o zdarzeniu najbliższe Lukasowi, znane mi osoby, z którymi kontaktował się przez Internet. Wszelkich dalszych znajomych informowała Agata. Ja? Nie byłem w stanie spojrzeć im w oczy. Jednak ciężar tego, czemu miałem podołać uderzył mnie tak do końca w chwili, w której zrozumiałem, że przecież Jego przyjaciółka, Alicja z Polski nie wie jeszcze o niczym. Że nie wie Marcin.
Nie było mi łatwo. Nie da się tez ukryć, że po rozmowie z przyjaciółką Lukasa, dość się ze sobą związaliśmy. Oboje w końcu byliśmy najbliższymi – w moim przypadku z pozoru – Mu osobami. To w niej znalazłem oparcie i zrozumiałem, dlaczego Lukas tak bardzo ufał osobom, które poznał w Internecie. Z nimi rozmawiało się łatwiej; w końcu tak naprawdę nie znały cię na żywo. Nie widziały twoich łez, twojego zwątpienia. Nie trzeba było się wstydzić chwil słabości. A Lukas nie musiał być tam taki, jakim stworzyła Go natura. Nazywałem Go kłamcą – nie zważając jednak na to, jak wiele dobra musiało mimo wszystko kryć się w Jego sercu, skoro potrafił tak przywiązać do siebie człowieka i z takim oddaniem grać na pianinie. Instrumencie, do którego potrzeba przede wszystkim – siły miłości. W świecie realnym Odyseusz był jedyną osobą, z którą ja sam potrafiłem rozmawiać szczerze. Też udawałem kogoś, kim nie byłem. Kryłem się z moim zauroczeniem postacią Marcina, kryłem się z wiarą w Boga. Grałem niewzruszonego niczym heteryckiego ateistę, w duchu będąc kimś zupełnie innym. Przede wszystkim – strasznym hipokrytą. Wytykałem Lukasowi błędy, które sam popełniałem… Ludzie mają rację mówiąc, że człowiek na starość głupieje do reszty.
Z kolei krótka wymiana zdań z siedemnastoletnim Marcinem wypełniła mnie do reszty wiarą w możliwość zakochania się. Choćby przez Internet. Nie do końca to wtedy rozumiałem. Nie rozumiem zresztą do dziś…
Bardzo długo nie potrafiłem otrząsnąć się z tego wydarzenia. Do dziś, gdy zasypiam, widzę czasem Jego bladą twarz, sine wargi, czuję zimne dłonie i przerażone spojrzenie roztrzęsionego do granic możliwości Petera na karku. Nie umiem zapomnieć stanu, w jakim znajdował się wiele następnych tygodni. Nigdy nie widziałem, by ktoś stracił na wadze tak wiele jak on podczas tych dni. Wbrew pozorom, widywaliśmy się później bardzo rzadko; ja nie umiałem spojrzeć jemu w oczy, on nie wychodził z pokoju Lukasa dosłownie w ogóle. Zasypiał na Jego pościeli, z Jego koszulką w dłoniach, nie pozwalał dotknąć niczego, co Lukas pozostawił w nieporządku. Zbita szklanka i rzucone na półkę spodnie leżą tam po dziś dzień.
Jak ja sam przebrnąłem przez ten trud? Na pewno bardzo wiele zawdzięczam Odyseuszowi, który nie odstąpił mnie na krok w tych ciężkich godzinach. Ponad to Agg – pomimo swojego stanu, zatroszczyła się o postępy w kuchni, byśmy w tej całej melancholii nie pomarli z głodu. No i internetowi przyjaciele Lukasa, którzy okazali ogromne wsparcie. Składane codziennie kondolencje i wyrazy współczucia, jak i zarazem własnego bólu, mimo wszystko były dla mnie dość budujące. Pozwoliły mi nauczyć się żyć z myślą tak ogromnej straty i – przede wszystkim – nie bać się pamiętać. I mimo wszystko kochać. Bo nam nie wolno nienawidzić. Na początku bardzo chciałem zapomnieć. Zjarać się i zasnąć, pogrążając w śnie tak długim, bym po obudzeniu się nie pamiętał już nic. Jednak pomoc osób trzecich podziałała do tego stopnia, że na pewien czas porzuciłem marihuanę. Chyba głównie ze względu na Marcina… Do czego wreszcie zacząłem się przyznawać.
* * *
Maj, rok 2008, Szwecja
- Skleję Twoje serce… – napisał z uśmiechem Dawid. Odgarnął z czoła kosmyki blond włosów i uśmiechnął się do ekranu, czekając ze zniecierpliwieniem na nadchodzącą już odpowiedź.
- Nie da się… Ona ma jedną połowę.
Zmrużył lekko oczy, wzdychając ciężko. Sytuacja chłopaka dość przypominała mu jego i Alicji, choć niekoniecznie pod względem wydarzeń, tylko raczej podejścia obu stron. I w tym i w tym przypadku więcej tęsknoty było po stronie męskiej. Tyle tylko, że Dawid zdążył już Alicję znienawidzić. Marcin Patrycję wciąż kochał.
- Zobaczysz. Skleimy je. Kupi się klej, zabierze mi połówkę i przyklei do Twojej.
„Tak, Dadi, to była wystarczająca aluzja” – szepnął w myślach mężczyzna. Uśmiechnął się błogo i, wkładając do ust ostatni kawałek mandarynki, zamknął laptopa.
-Tak bardzo chcę dotknąć cię, ej, ej! Ja liczę każdą chwilę, ja liczę każdy dzień…[2] – zanucił cicho, przerywając nagle, gdy usłyszał wybuch śmiechu.
- Aa… To znowu wy… – mruknął z przekąsem, po czym przestał kręcić się na obrotowym krześle.
- A kogoś się spodziewał, tego swojego Marcina, pseudo-heterycki hipokryto? – Odbiła piłeczkę Agata, z chichotem wtulając się w ucieszoną Martę, która jednak odepchnęła ją łagodnie i usiadła koło mężczyzny, otulając go ramieniem.
- Aguś, daj mu spokój! Nie ma niczego złego w wyzywaniu przyjaciółek od lesbijskich prostytutek, a swojego świętej pamięci brata od szanownych części rowerów… – zakpiła, udając zmartwioną i gładząc go delikatnie po włosach. Pod koniec zdania wybuchnęła jednak gromkim śmiechem, czym doprowadziła Dawida do irytacji. Tyle razy rozmawiali już na ten temat, nawet zaczynał się przyznawać, nie otwarcie ale aluzjami… a oni wciąż drążyli temat.
- Już was nie ma! – Wypchnął kobiety za drzwi i zamknął je, starając się ignorować ucieszone chichoty. Po ich stopniowym oddalaniu się wywnioskował, że partnerki biegną na górę, do Odyseusza. Uwielbiali najwyraźniej komentować jego ciche zainteresowanie Marcinem. Już dawno jednak się z tym oswoił; śmierć brata niesamowicie go znieczuliła. Przestawał denerwować się na złośliwe uwagi Agaty czy dogryzanie Odysa. Postanowił bez względu na wszystko odbudować to, co za życia zniszczył w nim Marcin i podtrzymać tę znajomość jak najdłużej.
[1] THC – Tetrahydrokannabinol; główna substancja psychoaktywna zawarta w konopiach indyjskich.
[2] „Tak bardzo chcę dotknąć cię…” – fragment piosenki polskiego zespołu reggae EastWest Rockers „Dotknąć cię”.